
Zin/ foto książka w dwie godziny?
Nic prostszego.
Rzeczywisty przedmiot daje ciekawe możliwości obcowania i odbierania fotografii, działa w zupełniej innej przestrzeni, ma swoją fakturę, wagę, zapach, kształt.
No cóż, wypadałoby zacząć od przeprosin, może poszukam jakiejś dobrej wymówki lub zgonię wszystko na kota…
Prawda jednak jest taka, że długo nic nie publikowałem z prostej przyczyny. Zastanawiałem się, po co to robić?
2024 rok był po części pewnym testem, zarówno moich umiejętności prowadzenia tekstu, narracji, jak i dyscypliny, i w pewnym sensie kreatywności. Nie ma w tych artykułach niczego nadzwyczajnego, jednak od początku starałem się prowadzić bloga bez presji,
a co najważniejsze, szczerze i naturalnie. Mam nadzieję, że dało się to odczuć.
Wracając, z początkiem roku zawisła nad moją głową pewna myśl, rodzaj obowiązku i ciężkiego odczucia.
Zacząłem narzucać na siebie przymus publikowania. Również Instagram stał się zlepkiem niepoukładanych myśli.
Dylemat polegał na wyborze „publikowania czegokolwiek” lub „niczego”.
Doszedłem do wniosku, że trzeba zmienić taktykę i wrócić do sedna sprawy.
U podstaw marnychzakamarków było pisanie o problemach, na które sam nie znalazłem odpowiedzi, lub odpowiedz,
którą znalazłem wydawała się być niewystarczająca. Wiem, brzmi to dziwnie, ale tak jest!
Idealnym przykładem był wpis: „Mały czy średni format?” – w skrócie, oczywiste jest to, że średni format w większości sytuacji jest lepszy, ale zastanawiałem się, czy można uzyskać zbliżone efekty na małym obrazku. Innym postem,
który dobrze tłumaczy moje założenie był: „Hasselblad x pan – Fuji GSW 680.” W tym temacie zaciekawiło mnie wykorzystanie kliszy mało obrazkowej w formacie 6×8, co dawało efekty panoramy. Trochę zapomniana technika, umożliwiająca niesamowite efekty.
Nawet porównania kompaktów, nie miały na celu technicznego przedstawienia aparatów, bardziej chodziło mi o znalezienie rzeczywistych różnic w uzyskanym obrazku, a nie teoria, który obiektyw ma lepsze parametry.
Kończąc te przydługie wywody, postanowiłem publikować mniej, rzadziej, ale wtedy kiedy temat jest tego wart.
Rzeczy, które faktycznie coś zmieniły.
PS
Nie znaczy to, że nie będzie prostych, porównań aparatów, chodzi bardziej o większe zrównoważenie wpisów, poruszanie czasem czegoś głębszego. Zwykła codzienność, którą często można znaleźć na moich zdjęciach, jest dla mnie tak samo ważna, jak artystyczny i intelektualny wymiar fotografii.
Ostatnio miałem przyjemność brać udział w wystawie Dormant Lands | Uśpione Ziemie w galerii Centrala w Poznaniu. Pokazałem tam projekt dotyczący Wieży ciśnień w Starachowicach, a zupełnie przez przypadek pomyślałem o wspaniałej formie publikacji, jaką jest zin/ foto książka. Na podstawie tego projektu chciałbym zaprezentować najprostszy sposób na wykonanie swojej mini książki. Od razu zaznaczam, jest to sposób na wykonanie takiej „makiety” w max. 2 godziny, coś w rodzaju namacalnego podglądu, jak mogłaby wyglądać profesjonalna publikacja. Moim zdaniem, taki rzeczywisty przedmiot daje ciekawe możliwości obcowania i odbierania fotografii, działa to w zupełniej innej przestrzeni, ma swoją fakturę, wagę, zapach, kształt.


Od czego zacząć?
Po pierwsze, należy wykonać zdjęcia. Haha, wiem, ale na serio, to bardzo ważny element tej układanki. Osobiście mam problem z późniejszym układaniem materiału w jakąś całość, jeśli od samego początku, nie wykonuje ich w pewnej sekwencji. Czyli, przed wykonaniem fotografii, zakładam sobie, że jest ona tylko małym elementem całości. Z takich małych kawałeczków, później będę składał historię. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nie każde zdjęcie musi być „okładkowe”. Do opowiedzenia czegoś ciekawego, tak samo, jak w literaturze, potrzebujemy wstępu, rozwinięcia i zakończenia, w różnym układzie. W narracji ważne są momenty odpoczynku i napięcia, przerwy i akcja. Tak samo jest w opowieści fotograficznej, często bywa tak, że zdjęcia, które wstępnie układam, są samymi „okładkami”, nie dają możliwości komentarza, są jak ciągłe pasmo akcji i napięcia, bez przerwy na odpoczynek. Po prostu nie da się z nich stworzyć historii, bo nie występuje przestrzeń między nimi. Bardzo ważnymi elementami są fotografie, które dają spokój, dzięki nim można zbudować narrację i rytm. Czasem jest to coś zaskakująco prostego np. zdjęcie białej ściany lub czegoś symbolicznego. W osiągnięciu takiej pauzy może również pomóc zabieg czysto graficzny np.: przesunięcie fotografii w dół, zmniejszenie jej lub po prostu zostawienie całej strony pustej.
Takich tricków i samych sposób opowiadania jest wiele. Nie mam kompetencji do opisywania szczegółów budowania narracji i dobierania zabiegów graficznych, mowie tylko co się u mnie sprawdziło i co mi przynosiło frajdę.



Ok, mając za sobą pierwszy krok, przejdźmy do układu.
Na tym etapie polecam wydrukowanie sobie miniaturek zdjęć i ułożenie ich wstępnie w całość. Ewentualnie można skorzystać z arkusza w zakładce Book w Lightroomie lub po prostu prezentacji w dokumentach Google. Chodzi o logiczne rozłożenie zdjęć, tak by widzieć, co z czego wynika, które zdjęcie pasuje do drugiego itp.

Byłem kiedyś na warsztatach z tworzenia takich foto książek i zapamiętałem ciekawą rzecz. W układaniu historii
i przestrzeni między zdjęciami bardzo pomocne są wydruki czarno-białe. Wtedy nie kierujemy się kolorem, estetyką zdjęcia, lecz tematem i kształtem. Wyjątkiem są sytuacje, w których kolor odgrywa kluczową rolę w narracji.
Idąc dalej… załóżmy, że nasz projekt ma już wstępny wygląd i możemy przejść do fizycznej realizacji książki. Najważniejszym elementem logistycznym jest MAKIETA. Nieprawidłowe wykonanie tego kroku uniemożliwia dalszą pracę. O co chodzi w makiecie? Śpieszę z wyjaśnieniem. Jest to mini książeczka, która „na brudno” pokazuje rozłożenie zdjęć z przygotowanego projektu. Zazwyczaj biorę kartki papieru, które składam na pół, w odpowiednią ilość składowych oraz osobno robię okładkę. Później numeruję strony od pierwszej do ostatniej i na każdej zaznaczam symbolicznie, o które zdjęcie mi chodzi. Dodatkowo opisuję gdzie będzie tekst lub gdzie zostawiam pustą stronę.

Bardzo ważne jest złożenie makiety w logiczny ciąg, który będzie przedstawiał opowieść po przekartkowaniu książeczki. Na grzbiet nakładam okładkę i całość spinam zszywką. Po rozłożeniu makiety na pojedyncze kartki widać, że pary zdjęć z projektu w arkuszu Google, nie odpowiadają parom po złożeniu makiety książki oraz widzimy jakie zdjęcia znajdują się na odwrocie strony. Rozdzielenie makiety pokazuje, w jakiej kolejności i w którym miejscu należy ułożyć zdjęcia do druku. Zarówno na przodzie, jak i odwrocie strony drukowanej.


Druk.



Dopiero teraz możemy włączyć drukarkę i załadować papier. Na podstawie przygotowanej makiety drukuję obustronnie „pary” zdjęć. Ustawiam marginesy i zaplanowane odległości, głównym punktem odniesienia jest środek arkusza oraz dodane linie pomocnicze. Komponowanie ułatwiam sobie dodając linie przez środek – pionowo i poziomo.

Po wydrukowaniu wszystkich stron każdą zginam na pół za pomocą linijki. Układam zgodnie z chronologią, powstały grzbiet dociskam jeszcze kilkukrotnie, tak by „sprasować” go jak najbardziej. Polecam użyć czegoś, co nie pozostawi śladu na papierze.



Jeśli mamy już wstępnie złożoną książkę to przyszedł czas na szycie… Chciałbym na tym etapie, bardzo przeprosić wszystkich profesjonalnych zinowców, którzy będą wyrywali sobie włosy na myśl o tym co zaraz napiszę, jednak zaznaczę raz jeszcze, chodzi tu o najszybszą formę otrzymania gotowej książki. Więc, jak wspomniałem, szycie. Wiem, że istnieje wiele technik tradycyjnego łączenia kartek, przez dosłowne zszywanie sznurkiem lub nicią podzielonych elementów książki. Sam jestem olbrzymim fanem tego rozwiązania, ale o tym napiszę kiedy indziej. Dziś należy po prostu zaznaczyć równe odległości, przyłożyć zszywacz i w dwóch miejscach połączyć arkusze ze sobą. Tutaj taki ciekawy tip, żeby ułatwić sobie ten proces, polecam z drugiej strony podłożyć gumkę, by swobodnie wyjąć zszywki i zagiąć je wedle uznania. Daje to większą kontrolę nad miejscem gdzie powstaną dziury.



Ostatnim elementem technicznym, jest obcięcie nadmiaru wystających stron, polecam użycie gilotyny lub dobrego noża papierniczego. Należy pamiętać, że im więcej stron złożymy na pół i wsadzimy „w siebie”, tym więcej będzie wystawało.
W zależności od grubości papieru polecam złożenie razem max. 5 arkuszy. Jeśli publikacja ma więcej materiału niż 4-6 arkuszy, to należy rozważyć wspomniany wcześniej pomysł na szycie książki. Idea jest prosta, robimy kilka takich makiet, jak wspomniana powyżej, jednak grzbiety łączymy nicią przez specjalnie nakłute otwory. Zatem dzisiejsza forma Zina, sprawdzi się tylko przy mniejszej ilości stron.
I cyk, gotowe, można cieszyć się swoją minipublikacją.



